wtorek, 27 marca 2012

Rekiny w puszce!

Ahoj! Tym razem do mej kajuty zawinęła łajba zwana "Rekiny Biznesu" do powstania której przyłożył swoją rękę twórca o zielonych włosach znany wszystkim wyjadaczom na planszókowym morzu, jako Friedemann Friese.

Z racji wykonywanego z powołania zawodu pirata jestem po fachu z wszystkimi rybkami pływającymi w wodach naszej matki ziemi. Musi się przecież człowiek jakoś żywić, bo w tych czasach o łupy na morzu bardzo ciężko...ale nie o tym miałem. Łajba ta faktycznie trafiła na mój stół w wydaniu niczym zapuszkowane szproty w sosie własnym. Nie zdziwiło mnie to jednak, bo już niejedną łajbę strawiłem na polskim rynku przez G3 wydaną.

Co w tej puszce piszczy?

W "puszce", że tak się wyrażę, znajdziemy 60 szprotek...eee to znaczy się kart ;) Plik 90 banknotów o różnych nominałach, który został ściśnięty na teksturowej podkładce przez gumkę recepturkę oraz instrukcję w ojczystym języku współczesnych piratów, jakim jest język polski i znacznik pierwszego gracza - oczywiście w kolorze zielonym. Pudełko mimo niedużej wielkości jest dobrej jakości. Karty, wydanie standardowe, czyli jeżeli nie chcemy aby ząb zużycia gryzł je zbyt szybko to należy przyodziać je w jakieś koszuli (co oczywiście wpłynie na niemożność domknięcia pudełka ale to może przeszkadzać jedynie w sytuacji, gdy grę zabierzemy na jakąś morską wyprawę).

Niestety na minus zaliczam wielkość czcionki zastosowanej do opisu kart. Jak dla mnie jest ciut za mała, a czasami jest wręcz tak, że mniejsza ilość tekstu na poszczególnych kartach jest napisana mniejszą czcionką niż większa ilość tekstu na innych kartach. Ponadto mała czcionka i mała ilość tekstu powoduje, że tekst na dużym pustym tle wydaje się jeszcze mniej widoczny ;) Druga sprawa to pieniądze, które zostały dołączone do gry w formie papierowych banknotów. Oznacza to tyle, że przy chipsach i innych dobrodziejstwach produktów typu "fast food" karty te zbyt częstej rozgrywki nie zniosą i szybko będą poplamione i wymiętolone, co dla estetów (w tym dla mnie) jest nie do zniesienia i nie do przyjęcia ;). Chociaż pamiętajcie nim zaczniecie marudzić, że za cały zestaw wydacie tylko ok. 30 dukatów, co w tym przypadku jest na duży plus.

Pływać na tej łajbie mogą już dzieciaki od 12 roku życia w składzie minimalnym 2 osoby, a maksymalnie 4 osoby. Przewidywany przez producenta pojedynczy rejs to ok. 45 minut.

Celem gry jest zdobycie 40 punktów zwycięstwa. Punkty zwycięstwa zdobywamy budując swoje kapitalistyczne imperium poprzez budowanie fabryk, a gdy mamy już portfel rekina to również przez okazywanie swej próżności kupując gadżety biznesmena typu złoty zegarek. Wszystkie dobra nabywamy w drodze licytacji na giełdzie. Giełda jest budowana z talii kart na którą składa się 15 losowo wybranych kart na każdego gracza z całej dostępnej puli. Oznacza to, że w przypadku gry w cztery osoby używamy wszystkich kart. Następnie utworzona w ten sposób talia jest tasowana i wykładane są losowo karty. Wykłada się tyle kart ilu jest graczy + za każdym razem dodatkowe 3 karty. W ten sposób tworzymy giełdę.

Licytacja, czyli budowanie imperium

Wszystkie karty, które zostały wystawione na giełdzie podlegają pojedynczo licytacji. I tu przechodzimy do sedna rozgrywki i to takiej za którą piracka dusza przepada! Mianowicie licytacja odbywa się w ten sposób, że zgodnie ze wskazówkami zegara każdy z graczy podaje kwotę za którą jest gotowy nabyć daną kartę (ale nie może to być kwota mniejsza niż cena wywoławcza określona dla karty) i trwa tak długo, aż na polu licytacji zostanie gracz który zaoferował najwięcej pieniędzy, a pozostali spasowali. Zabawa polega na tym, że obowiązkowo w grze należy ukrywać wysokość posiadanej gotówki, bowiem można licytować wyżej niż ma się gotówki! Wpływa to niesamowicie na miodność licytacji i wywołuje dużo emocji i to nie tylko tych pozytywnych ;) Daje to ogromne pole do blefu i wmanewrowania przeciwników w zakup karty za znacznie wyższe pieniądze niż cena wywoławcza, a która tak de facto w ogóle nas nie interesowała. Jasna sprawa trzeba mieć przy tym szczęście i nie zostać samemu wyprowadzonym w pole. Pamiętać przy tym należy również, że gdy okaże się że zwyciężymy licytacji w której zaoferowaliśmy więcej niż mamy zostaniemy, to wówczas zmuszeni jesteśmy oddać do banku wszystkie pieniądze, które mamy i nie bierzemy udziału w kolejnej licytacji.

Przygodę na giełdzie zaczynamy z kapitałem, który każdy z graczy otrzymuje na początku rozgrywki w wysokości 60 euro. W rozgrywce wypłacany jest również dla każdego gracza stały dochód po 30 euro w ostatniej fazie rundy. Dodatkowe pieniądze generują nam nabyte na giełdzie fabryki. A no właśnie, a co właściwie można licytować na giełdzie?

W grze występują cztery różne rodzaje kart. Każdy z rodzajów ma przypisany kolor tj. czerwony, żółty, niebieski i zielony. Kolory oznaczają różne funkcje kart w grze. Karty czerwone to fabryki, które przynoszą nam dochód, a rzadziej punkty zwycięstwa. Dodatkowym utrudnieniem jest, że zasadniczo możemy posiadać wyłącznie trzy fabryki, chyba że uda nam się wylicytować dodatkowy plac budowy. Karty żółte są to karty statusu np. kolekcja monet, które dają nam wyłącznie punkty zwycięstwa. Karty niebieskie są to kart wpływu, które mają zastosowanie w powiązaniu z innymi kartami bądź używane są w powiązaniu z graczem. Karty w kolorze nadziei, czyli zielone są to karty akcji. Czym jest akcja w tej grze? Najczęściej negatywną interakcją pomiędzy graczami (tak, tak szczury lądowe!), bo co powiecie na kartę pn. "Adwokat", która pozwala dla zagrywającego tą kartę zabrać dla któregoś z przeciwników fabrykę i umieszczenie jej w polu gracza zagrywającego kartę. Losowości w grze praktycznie nie ma żadnej ale negatywnej interakcji całe morze! Dlatego jeśli nie chcecie spędzać nocy samotnie w kajucie przeznaczonej dla gości to proponuję inny tytuł do rozgrywki we dwoje ;)

Serwować te rybki, czy nie?


No i mam dylemat. Dla wielbiciela rybek wszelakich, a licytacyjnych w szczególności jest to łajba dobra i zapewniająca sporo dobrej emocjonującej rozgrywki. Mam jednak do tej łajby kilka uwag. Po pierwsze niektóre karty są po prostu jak zepsute, śmierdzące śledzie i nikt ich nie chce licytować, bo są do niczego niepotrzebna. Jest to o tyle niezdrowa wada, że w rozgrywce dla 2 osób, gdzie gramy wyłącznie zestawem 30 losowych kart może to nas zniechęcić do kolejnych partii.  Co gorsza przez to, że nikt ich nie chce jest większe prawdopodobieństwo, że częściej będą widziane na giełdzie.

Po drugie wielkość czcionki, która została dobrana do opisu na kartach. Zbyt mała przez co niektóre karty wydają się puste (niektóre w ogóle nie posiadają opisu ;), a ponadto ciężko jest odczytać tekst, gdy akurat siedzimy przy stole w miejscu z którego karty widzimy "do góry nogami".

Po trzecie interakcja. Sam jestem zwolennikiem interakcji i to w wydaniu negatywnym tejże przyjemności. Niemniej jednak zdaję sobie sprawę, że piracka dusza do większości nie należy i towarzyszy przy planszy też czasami należy uszanować. Dlatego jeśli macie w swym gronie delikatne duszyczki, co obrażają się na samą myśl, że moglibyście zagrać jakąś negatywną kartę na nie, bo to przecież jakieś niegodzistwo, to polecam jednak przejść się na wiosenny spacer :) , a atmosfera będzie zdrowsza.

W innym przypadku grać ale przed wypłynięciem w rejs najlepiej przetestować. Dla spragnionych negatywnej interakcji w sosie licytacji 4-, dla bardziej wrażliwych oczko mniej 3-.

Noty:
  • Wykonanie - 4-/6
  • Złożność - 3-/6 
  • Interakcja - 5/6 
  • Grywalność - 4-/6
  • Ocena ogólna - 4-/6
Tekst i zdjęcia: Pirat Cristobal